Menu

Zakochana w słowach

" Tabula rasa et plana et polika " - Albert Wielki

OPOWIADANIE - Widma Nocy (1/3)

nastjabooks

house1901147_1920

Tajemnice wypowiedziane szeptem.

 

 

Niebo zsyła nam przyjaźń po to, żebyśmy mogli wypowiedzieć i pozbyć się tajemnic, które nas gnębią.”

- Antoni Czechow

 

- Daleko jeszcze? - spytał chłopiec i ziewnął, udając znudzenie.

Matka odwróciła się, posyłając dziesięcioletniemu Max’ owi ciepły uśmiech.

- Skarbie, wytrzymaj jeszcze te pół godziny – poprosiła. - Niedługo będziemy na miejscu.

Max nienawidził przeprowadzek. Przez to, że ciągle zmieniali miejsca zamieszkania nie mógł z nikim nawiązać bliższej relacji. Tak bardzo chciał mieć prawdziwego przyjaciela. Czuł się samotny. Czasami był wściekły na rodziców – jego nigdy nie pytali o zdanie, zawsze sami podejmowali decyzje, a mały Max musiał się do nich ustosunkować.

Całą drogę wiercił się na tylnym siedzeniu ich nowego auta. Nawet samochody zmieniali tak często jak domy. Kompletnie tego nie rozumiał.

Ojciec chłopca prowadził uważnie, co chwilę zatrzymując się na skrzyżowaniach, przed przejściami dla pieszych, albo sygnalizacją świetlną. Raz po raz stukał palcami w kierownicę w rytm jakiejś nieznanej Max’ owi piosenki, którą ten wciąż nucił pod nosem. Max oparł policzek o zimną szybę i przymknął oczy. Nawet nie pamiętał, w którym momencie jego powieki się zamknęły.

 

***

- Max, wstawaj kochanie. - Mama delikatnie potrząsnęła ramieniem śpiącego chłopca.

Dziesięciolatek niespokojnie się poruszył i otworzył zaspane oczy.

- Już jesteśmy na miejscu? - zapytał lekko zachrypniętym głosem.

Wyjrzał przez szybę samochodu, a jego oczom ukazał się całkiem pokaźnych rozmiarów dom.

- Tak – odparła matka. - Tata wnosi rzeczy do środka. Jak chcesz możesz się rozejrzeć po podwórku. Chyba że jesteś głodny.

Uniosła jedną brew, czekając na odpowiedź. Chłopiec ziewnął.

- Rozejrzę się – powiedział, wychodząc z samochodu.

W jego nozdrza uderzyło świeże powietrze, pozbawione spalin. Już dawno nie mieszkali na przedmieściach. Zazwyczaj rodzice wynajmowali mieszkania w centrach miast, aby mieć bliżej do pracy. Tym razem było inaczej. Ojciec Max’ a pracował w biurze podróży, ale teraz kiedy awansował mógł pracować z domu. Matka chłopca była pisarką bardzo poczytnych romansów dla kobiet, więc jej było obojętne gdzie mieszkali. Ważne by w domu był choć jeden pokój, który mogłaby przerobić na gabinet. Tylko w ten sposób mogła skupić się na tworzeniu. Max czasami miał im za złe, że nie mają dla niego czasu. Kiedy nie miał się z kim bawić, przychodził zasmucony do rodziców, ale żadne z nich go nie słuchało. Tata wisiał na telefonie, a mama głośno uderzała w klawisze komputera w swoim gabinecie.

Chłopiec miał nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Pragnął w końcu poznać kogoś, kto być może zostanie jego najlepszym przyjacielem.

Matka chwyciła pudło wypchane ubraniami i ruszyła w stronę domu. Kiedy Max bliżej przyjrzał się posiadłości, poczuł wewnątrz jakiś dziwny lęk. Nie umiał tego dokładnie określić. Coś w wyglądzie budynku wzbudzało w nim niepokój. Szybko odwrócił wzrok. Jakiś ruch po drugiej stronie ulicy przykuł jego uwagę. Z domu naprzeciwko wyszła jakaś dziewczynka. W rękach trzymała piłkę. Odbijała ją od ziemi i łapała. Burza ciemnych loków zasłaniała jej część twarzy. Wyglądała na rówieśniczkę Max’ a. Kiedy spostrzegła chłopaka, przestała kozłować piłkę. Obdarzyła go szerokim uśmiechem i do niego pomachała.

Max przez chwilę stał zawstydzony, ale kiedy w końcu dotarło do niego, że dziewczyna oczekuje jakiejś reakcji z jego strony, natychmiast odwzajemnił gest. Nieznajoma wciąż promiennie się uśmiechając, rzuciła piłkę na podjazd i przebiegła przez ulicę.

- Cześć! - odparła, stając naprzeciwko niego. - Jestem Lili. - Wyciągnęła rękę.

Max z lekkim wahaniem delikatnie ją uścisnął.

- Max – powiedział. - Dopiero się wprowadzamy. - Wskazał na dom.

Dziewczyna zrobiła dziwną minę.

- Powinieneś na nich uważać – szepnęła, ostentacyjnie zerkając na posiadłość.

- Na kogo? - zapytał niepewnie Max.

Lily wyglądała na zdenerwowaną. Albo wystraszoną. Czy ona też wyczuwała, że z tym domem jest coś nie tak?

- No wiesz, na Widma.

Max przez chwilę nie zrozumiał co powiedziała, ale kiedy dotarł do niego sens jej słów, poczuł na plecach ciarki. Był w tym wieku, w którym wierzy się w potwory pod łóżkiem, mimo że rodzice wciąż wmawiają mu, że tam nic nie ma. Kiedy tylko Lili powiedziała słowo Widma, jego serce znacznie przyśpieszyło.

- Mój dom jest nawiedzony? - zapytał, patrząc na budynek.

Dziewczynka się roześmiała.

-Nie, głuptasie. Mam na myśli okolicę. Po zmroku urządzają sobie spacery. Nazywają się Widma Nocy. No wiesz, bo wychodzą w nocy – dodała.

Max odetchnął z ulgą. Gdyby dom był nawiedzony, znowu musieliby się wyprowadzać, a tego nie chciał. Lily była dziwna, ale przynajmniej z nim rozmawiała. Co z tego, że o jakichś Widmach? No i grała w piłkę.

- A po co wychodzą?

Lily przez chwilę wyglądała na zamyśloną.

- Podobno czegoś szukają – odparła w końcu.

- Boisz się ich? - chciał wiedzieć Max.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

- Czasami wchodzą do mojego pokoju. Stoją chwilę, co jakiś czas szepczą, a potem odchodzą. Wtedy jestem przerażona. Po cichu biegnę do sypialni rodziców i zostaję do rana.

- Mówiłaś im o tym?

Max z coraz większym zainteresowaniem słuchał jej opowieści.

- Dorośli nie wierzą w takie rzeczy – wyjaśniła. - Nawet ich nie widzą. Mówią, że to tylko złe sny.

Chłopiec doskonale znał to z własnej autopsji. W siódme urodziny odeszła jego babcia. Bardzo ją kochał i strasznie za nią tęsknił. Którejś nocy ujrzał ją jak siedziała na jego łóżku. Nuciła ulubioną kołysankę Max’ a. Po chwili skończyła, nachyliła się, i pocałowała chłopca w policzek. To było tak realne, że Max miał wrażenie, jakby babcia nadal żyła. Następnego dnia opowiedział o wszystkim rodzicom, a oni zgodnie stwierdzili, że to tylko sen. Lili miała rację – dorośli nie wierzyli, a tym bardziej nie widzieli.

- Ilu ich jest? - zapytał.

Dziewczynka patrzyła na niego brązowymi oczami i delikatnie zagryzała wargę.

- Dwoje. Mężczyzna i kobieta – powiedziała.

W tym momencie tata Max’ a wyszedł z domu i dźwignął z samochodu kolejny karton. Kiedy zobaczył swojego syna z nową koleżanką, szeroko się uśmiechnął.

- Dzień dobry! - krzyknęła Lily. Mężczyzna jej pomachał.

- Muszę już iść – oznajmiła.

Max spojrzał na nią zaskoczony.

- Nie, zostań. Musisz mi powiedzieć coś więcej.

Lily pokręciła głową i posłała mu blady uśmiech. Wiatr zarzucił jej włosy na twarz. Szybko przegarnęła je ręką.

- Nie mogę. Pogadamy jutro.

- Dobrze. Do zobaczenia – powiedział.

- Tylko na siebie uważaj. Do zobaczenia.

Zerknęła jeszcze raz na dom Max’ a, a potem pobiegła w stronę swojego.

Chłopiec przez chwilę nie ruszał się z miejsca, ale kiedy kolejny podmuch wiatru owionął jego ciało, nogi same poniosły go pod drzwi nowego domu.

 

***

Max w ciszy jadł kolację. Rodzice cały czas prowadzili rozmowę na temat okolicy i tego jaka jest malownicza, a co najważniejsze spokojna. W głowie dziesięciolatka wciąż dźwięczał głos Lili: „Nazywają się Widma Nocy…”. Mówiła prawdę, czy tylko się z niego naśmiewała? Chciał powiedzieć o tym rodzicom, ale jeden rzut oka na ich roześmiane twarze skutecznie odpędził od niego złudne myśli. W życiu by mu nie uwierzyli. Rodzicom nie powierza się tajemnic, a już na pewno nie takich, w które on ledwie wierzy.

- Jak twoja nowa koleżanka? - Z zamyślenia wyrwał Max’ a głos ojca.

Uniósł głowę znad talerza i skupił wzrok na widoku za oknem. Słońce już dawno zaszło, a na dworze panował mrok, rozjaśniony delikatnym blaskiem, wiszącego na niebie księżyca. Niebo było bezgwiezdne.

- Jest miła – odparł chłopiec beznamiętnym głosem.

Z powrotem skupił spojrzenie na prawie nietkniętym jedzeniu.

- Jak ma na imię? - chciała wiedzieć mama.

- Lily.

- O czym tak długo rozmawialiście? - padło kolejne pytanie. Tym razem z ust taty.

- O… - Już miał to powiedzieć. Słowa same cisnęły mu się na usta, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. - O piłce. Lili lubi grać – skłamał.

- W końcu będziesz miał z kim porozmawiać i się pobawić – odparła uradowana mama. - Właśnie zaczęłam pracować nad kolejną powieścią, więc od jutra większą część dnia, będę spędzała w gabinecie – obwieściła, wciąż szeroko się uśmiechając.

Max tylko pokiwał głową. Zdał sobie sprawę, że pomimo nowego domu, nowego samochodu, a także kolejnego awansu ojca, jedna rzecz pozostawała niezmieniona – brak czasu dla syna.

Chłopiec westchnął i wstał od stołu.

- Pójdę się położyć. Jestem zmęczony.

- Tylko nie zapomnij umyć zębów – odezwała się mama.

To był jej odpowiednik słów – Dobranoc skarbie.

- Dobrze – oznajmił Max i ruszył w kierunku wielkich, krętych schodów.

Kiedy stawiał stopy na kolejnych stopniach, w całym domu słychać było ich głośne skrzypienie, które kojarzyło się dziesięciolatkowi z rykami dinozaurów, jakie te wydawałyby, gdyby nadal istniały.

Ze wszystkich sił odpędził od siebie mroczne myśli, które cały czas podszeptywały mu, że za każdym rogiem czai się jakiś upiorny duch, i nacisnął klamkę u drzwi pokoju, który od dzisiaj miał należeć do niego.

© Zakochana w słowach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci